Głupi robot mojego męża – iRobot Roomba 886

20180102_203814.jpg

Od kilku lat marzyłam o robocie sprzątającym. Nie znoszę odkurzania. Nie tylko nie lubię tego robić sama, ale też dźwięk odkurzacza jest dla mnie na tyle drażniący, że przeszkadza mi, kiedy odkurza przy mnie ktoś inny. Jednak bardziej od odkurzacza nienawidzę kotów, czy – jak nazywają je w krajach anglojęzycznych, czego ostatnio się dowiedziałam – pyłowych króliczków; to określenie podoba mi się znacznie bardziej, ponieważ są one puchate, biorą się nie wiadomo skąd i szybko się mnożą.

Dlatego jednym z pierwszych naszych zakupów po przeprowadzce był automatyczny odkurzacz. Skoro badania psychologiczne dowodzą, że szczęściu sprzyja umiarkowany stopień wolności, uznałam, że na ma niczego złego w poddaniu się manipulacji i zdecydowaliśmy się na najczęściej reklamowanego robota, Roombę. Od czasu, gdy rozpakowaliśmy go z pudełka minął miesiąc i mogę powiedzieć o nim dwie rzeczy: niewątpliwym plusem jest to, że rzeczywiście sprząta, minusem zaś to, że niszczy i bałagani.

iRobot po rozpakowaniu jest praktycznie gotowy do pracy, został nawet naładowany w stopniu, który pozwoli na pobieżne, demonstracyjne odkurzanie. Do jego obsługi praktycznie nie potrzeba instrukcji. Ma kilka przycisków z opisami, z których najważniejsze są CLEAN, służący za włącznik i wyłącznik, oraz DOCK, nakazujący Roombie powrót do domu, gdy macie już dość, ale o tym za chwilę. Gdy Roomba się rozładuje,  wraca do stacji dokującej sam. Robot ma łatwy do opróżniania i  ponownego montażu zbiornik na śmieci, a także sygnał głosowy powiadamiający o przepełnieniu pojemnika. Dostaliśmy też wirtualną ścianę, czyli plastikowy klocek na baterie, który uniemożliwia Roombie przekroczenia niewidocznej gołym okiem granicy sprzątania; zapewne stanie się bardzo przydatna, gdy w naszym domu pojawi się kot razem z miskami z wodą i jedzeniem, na razie jednak jest nam zbędna, tak, jak i wszystkie inne bajery opisane w książeczce.

Jeśli chodzi o sprzątanie, Roomba radzi sobie naprawdę dobrze. W jego zbiorniku znajdywałam kłębki kurzu, piach, pył, suche igły z choinki. Jeśli jest wypuszczany regularnie, wystarczy to, by utrzymać mieszkanie we względnej czystości. Piszę względnej, ponieważ Roomba nie zastąpi zwykłego odkurzania, które i tak trzeba wykonać; teraz jednak robimy to raz w tygodniu, nie trzy albo cztery. Roomba nie zawsze czyści dokładnie w rogach, nie wciągnie kurzu z listew przypodłogowych, nie wessie przyczepionych do podłogi brudów. Co więcej, nasz model nie ma wirtualnej mapy, to znaczy jeździ po przestrzeni mieszkania zupełnie przypadkowo, dlatego też potrzebuje godziny-dwóch by zrobić porządek. Mimo wszystko, robi mniej hałasu od zwykłego odkurzacza, co uważam za wielką zaletę, a dzięki niemu mieszkanie jest czyste.

Na tym pewnie dałoby się zakończyć powyższą recenzję, ale w takim wypadku nie powiedziałabym nawet połowy rzeczy, które o Roombie powiedzieć można. A co  jeszcze można o nim powiedzieć? Czytajcie dalej.

Gdybym miała opisać iRobota dwoma słowami i mogłyby to być przymiotniki opisujące człowieka, były by to z pewnością te dwa: głupi i uparty. Pierwsza niespodzianka czekała mnie już kilkanaście minut po uruchomieniu Roomby. Przez chwilę obserwowałam, jak jeździ po podłodze, po czym zajęłam się gotowaniem.  Po pewnym czasie usłyszałam jednak podejrzany hałas, poszłam więc do sypialni, gdzie Roomba zajęty był wyrywaniem kabla od ładowarki z gniazdka. Gdy go dopadłam, wyszarpał już przewód i zdążył wciągnąć go do połowy, odtwarzając przy tym powiadomienia alarmowe.

Kolejnego dnia sytuacja ta powtórzyła się, tym razem ze światełkami choinkowymi. Gdy wbiegłam do pokoju – przyzywana wołaniem o pomoc –  zobaczyłam mojego męża rozciągniętego na podłodze, pod choinką. Przeżuwał kawałek jabłka, podczas gdy reszta ogryzka leżała, nadgryziona, obok i krzyczał przekleństwa pod adresem Roomby, którego trzymał w obu rękach i który też coś mówił, ale ciężko mi było to zrozumieć, ponieważ wszystkiemu akompaniował brzdęk bombek i wciąganego łańcucha lampek, a do tego szum ssawek.

Zresztą, o przygodach choinki i Roomby można by było napisać całą osobną notkę. Teoretycznie iRobot wyczuwa przeszkody na swojej drodze, a wtedy zwalnia. W praktyce jednak działa to mniej więcej w 50:50 przypadków, a w tej drugiej połowie po prostu rozbija się o nie. O choinkę rozbijał się ciągle, za każdym razem strząsając z niej coraz więcej igieł, a następnie ponawiając sprzątanie wokół i znowu uderzając w pień, bez przerwy, aż zmuszeni byliśmy kazać mu iść do domu.

Jak prędko się okazało, każda zaleta Roomby wymieniana w reklamie ma też swoją drugą stronę, jak na przykład to, że robot „pokonuje każdą przeszkodę”. Ma to służyć temu, by Roomba nie odbijał się od krawędzi dywanu, lecz – po tym, jak go wyczuje – wjechał na niego i odkurzał dalej. My jednak nie mamy dywanów, mamy za to wagę łazienkową, którą Roomba uznał za właśnie taką przeszkodę, a która jest mimo wszystko od standardowego dywanu nieco wyższa . W efekcie robot wjeżdżał w nią z impetem, uderzając nią o wszystkie ściany i ponawiał szarżę, aż do momentu wątpliwego triumfu, gdy udało mu się wreszcie wejść na górę, którą – co trzeba mu przyznać – odkurzył, a następnie pojechał sprzątać gdzie indziej. Cóż, chyba nigdy wcześniej nie mieliśmy tak  dokładnie odkurzonej wagi. Szczerze mówiąc, chyba nigdy w ogóle nie mieliśmy odkurzonej wagi.

Kolejną z przeszkód okazała się – znowu – ładowarka do telefonu, lecz tym razem na drugim jej końcu znajdował się podłączony telefon. Roomba złapał za kabel, zrzucił komórkę na podłogę, po czym zaczął rozjeżdżać ją kółkami, po każdym przejeździe nawracając i przejeżdżając po nim ponownie, a na jego wyświetlaczu pokazała się niebieska ikonka lupy. Jak później doczytałam jest to Extra Dirt Detector i włącza się, gdy odkurzacz napotka na swojej drodze ekstra śmieci. Wtedy oczywiście wyłączyłam mu zasilanie, teraz jednak zastanawiam się, kto by wygrał: odkurzacz czy telefon?

Teraz Roomby używa praktycznie wyłącznie mój mąż: włącza go, pilnuje, mówi do niego, nosi, wyłącza. Patrzy, jak Roomba sprząta. Ponieważ do tego Roomba nadaje się doskonale: by poczuć odrobinę władzy. Wystarczy zanieść go w wybrane miejsce, włączyć i powiedzieć „Roomba, sprzątaj!” i patrzeć, jak ktoś inny wykonuje pracę. Oczywiście jest to złudzenie, ponieważ robot nie rozumie żadnych komend głosowych i za chwilę odjeżdża w jakimś zupełnie przypadkowym kierunku albo gubi się pod nogami krzeseł, jednak mimo wszystko, niezaprzeczalnie odkurza. Prawie zupełnie tak, jak mu się kazało.

Czasem jest mi go nawet żal, gdy ugrzęźnie gdzieś pomiędzy meblami i piszczy. Albo, gdy nakazujemy mu iść do domu, a on nie może go znaleźć. Byłam przekonana, że stacja dokująca działa jak nadajnik Bluetooth: emituje sygnał, na który odkurzacz odpowiada. Tymczasem stacja bardziej podobna jest do naprawdę powolnej latarni morskiej. W efekcie, odkurzacz raz widzi ją, raz nie. Kiedy ją widzi zaczyna zmierzać w jej kierunku, aż znowu traci sygnał i wtedy, bezradny, rozbija się o ściany. Nawet, gdy już ją namierzy ma nieraz problem z parkowaniem (ponieważ zdarza mu się taranować ją jak wagę łazienkową). Przez pierwszych kilka dni przychodziliśmy patrzeć i kibicować mu, szczególnie, że gdy już uda mi się wjechać do stacji odgrywa taką radosną melodyjkę, a wtedy my mogliśmy klaskać.

Podsumowując: odkurzacz odkurza. Poza tym, dzięki nie mu coś się ciągle dzieje. Może nie po to kupuje się odkurzacz, lecz, jak to mówią, życie jest jak pudełko czekoladek czy jakoś tak i pozostaje cieszyć się, że nie przytrafiło nam się nic gorszego.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s