O porwaniu Idunn

okładkafcb

…Lecz o umówionym czasie Loki wywiódł Idunn z Asgardu do pewnego lasu, mówiąc, że znalazł jabłka, które bardzo się jej spodobają i prosił, by wzięła ze sobą swoje po to, by je porównać z tamtymi. Wtedy pojawił się olbrzym Thjazi pod postacią orła, pochwycił Idunn i odleciał z nią do swojej siedziby. Gdy Idunn zniknęła bogowie stali się słabi, prędko osiwieli i postarzeli się. Asowie zwołali więc naradę i zapytywali siebie nawzajem o to, kto ostatni widział Idunn; po raz ostatni widziano ją, gdy wychodziła z Asgardu z Lokim. Wtedy Loki został zatrzymany i doprowadzony na naradę i grożono mu śmiercią lub torturami; kiedy już dobrze się przestraszył, obiecał, że przyprowadzi Idunn z powrotem z krainy olbrzymów. Przybrał postać sokoła i poleciał na północ; przybył do domu Thjaziego, gdy ten wypłynął na morze, a Idunn była sama: Loki zamienił ją w mały orzech, złapał w pazury i odleciał tak szybko, jak mógł. Lecz gdy Thjazi wrócił i zauważył brak Idunn, zamienił się w orła i pofrunął za Lokim, czyniąc skrzydłami wielki hałas. Ale gdy Asowie zobaczyli sokoła z orzechem, oraz lecącego orła, wyszli przed mury Asgardu, zabierając ze sobą wiązki wiór i trocin. Kiedy tylko sokół wleciał do twierdzy, opadł przy ścianie; wtedy Asowie podłożyli ogień pod trociny, a orzeł nie dał rady się zatrzymać: jego pióra zajęły od ognia i nie mógł lecieć dalej. Asowie byli już przy nim i zabili olbrzyma Thjaziego pod murami Asgardu, a mord ten stał się bardzo sławny.

Edda Prozatorska, Snorri Sturluson

– Słyszałem, że w lesie rosną jabłka, zupełnie takie, jak twoje i postanowiłem je obejrzeć. Może chciałabyś mi towarzyszyć?

Bogowie pozostawali zawsze młodzi dzięki mocy magicznych jabłek. Jednak Idunn – o ile to w ogóle możliwe – wyglądała jeszcze młodziej. Ozdobny czepiec, jaki zwykły nosić wszystkie mężatki, i jaki opasywał od niedawna i jej czoło, zdawał się zupełnie nie pasować do delikatnej buzi. Mimo subtelnych rysów, twarz Idunn rzadko była pogodna, a między brwiami często pojawiała się pionowa zmarszczka. Loki dostrzegł ją teraz, gdy dziewczyna odwróciła się w jego stronę. Miała zapuchnięte powieki.

– Żartujecie sobie ze mnie.  – Odparła, nie przerywając marszu. – Zbyt dobrze was znam i nie dam się nabrać!

– Naprawdę? A mnie wydaje się, że rozmawialiśmy ledwie kilka razy.

– Tyle wystarczy! – Odburknęła, odganiając ręką muchę. Upał zdawał się nie do wytrzymania. Niebo pociemniało; ciężkie chmury szorowały potężnymi brzuchami tuż nad ziemią, co jakiś czas wydając groźne pomruki. Powietrze stanęło, a muchy i gzy uwijały się jak wściekłe. Loki przetarł wierzchem dłoni spocone czoło.

– Nadal tu jesteście. – Odezwała się w końcu.

– Tak się składa, że zmierzamy w tym samym kierunku. Idziemy więc razem… Ale osobno.

Idunn milczała; tylko zmarszczka między jej brwiami pogłębiła się.

– Chciałem dotrzymać ci towarzystwa, to wszystko. – Odparł Loki. – Pomyślałem, że możesz czuć się samotna, teraz, kiedy Bragi przebywa na dworze.

– Mój mąż – zaczęła z naciskiem – ma teraz dużo pracy.

– Nie wątpię. – Zapewnił Loki. – Ktoś tak utalentowany jak on z pewnością ma wiele zleceń. Pisanie pieśni o walce i miłości wymaga uwagi… I inspiracji.

Przez twarz Idunn przebiegł cień.

– Te słowa nie są w stanie mnie urazić. – Odparła zdecydowanie. Wysunęła kosz przed siebie. Trzymała go teraz obiema dłońmi, na wysokości piersi, jak tarczę. – I wcale nie jestem smutna, to przez upał… I te trawy! Są wszędzie, drażnią mnie! – Głos jej zadrżał. – Ach! – Krzyknęła, gdy jeden z gzów ukąsił ją tuż nad skronią. Palcami dotknęła ugryzienia, z którego zaczęła sączyć się krew. Do jej oczu napłynęły łzy.  – Czy przyszliście tu, by mi dokuczać? – Jęknęła, umęczona. Wytarła smugę krwi, by ta nie pobrudziła czepca. Część kropli połączyła się z potem, który wpływał strużką z jej gorących policzków, na szyję. Karczek sukienki był cały wilgotny.  Loki cofnął się o krok.

– Ależ Idunn, ja nawet przez chwilę nie chciałem cię urazić. Jeśli jednak tak to odebrałaś, proszę, przyjmij moje szczere przeprosiny… powinienem się wytłumaczyć: opowiedziałem ci historyjkę o jabłkach, ponieważ chciałem cię rozbawić. To było nierozsądne, nie pomyślałem, że tobie być może wcale nie sprawi to radości. – Powiedział. – Jeszcze raz przepraszam. Nie będę już więcej się narzucał.

– Nie… Poczekajcie! – Opuściła nieco kosz. – To ja przepraszam. Sama zachowałam się niegrzecznie. Teraz myślę, że byłoby miło przejść się do lasu, może pod drzewami będzie chłodniej?

– Daj, poniosę ci koszyk. – Zaproponował.

Przez pewien czas maszerowali w ciszy, każde blisko swojego brzegu dróżki.

– Moja żona. – Zaczął – Uwielbia wycieczki… Ale zawsze musi mieć towarzystwo. Oczywiście, zazwyczaj chce, żebym to ja wszędzie z nią chodził.

Idunn uśmiechnęła się.

– Opowiedz mi więcej o swojej żonie. – Poprosiła.

Opowiedział jej więc o tym, jak chodzili razem na wycieczki w góry i o tym, że zawsze szli piechotą, bo Sigyn bała się jeździć konno. O tym, jak podczas jednej z takich wycieczek wrzucił ją do jeziora, lecz przyznał, że to był głupi żart. Mówił, jak Sigyn stała się zastępczą mamą dla stada dzikich kaczek i jak nie chciała być mamą dla rysia, którego Loki przyniósł kiedyś z lasu. Kot uwielbiał niszczyć rzeczy, szczególnie poduszki. Pierze fruwało wszędzie! Musieli wypuścić go na wolność. Wspominał, jak wieczorami ze skupieniem studiowała zwoje na temat leczniczych ziół, o tym, jak pisała maczkiem, jak koślawe było jej pismo, ale i o tym, jak ślicznie Sigyn nosiła sukienki.

Idunn śmiała się, czasem zadawała pytania albo kręciła tylko z niedowierzaniem głową. Nim zdążyła się zorientować, byli już na skraju lasu. Tam się zatrzymali.

– Musisz bardzo kochać swoją żonę. – Powiedziała cicho. – Tak ładnie o niej mówisz…

– Niestety nie umiem układać równie pięknych wierszy, co twój mąż.

Z twarzy Idunn zniknął uśmiech. Milczała chwilę, a gdy Loki znowu spojrzał na nią zobaczył, że po jej policzkach spływają łzy.

– Czy powiedziałem coś nie tak?

– Nie.

– Nie płacze się bez powodu.

– A czy płacze się wyłącznie dlatego, że nigdy nie słyszało się, że ładnie nosi się sukienkę?

– Takie rzeczy należy mówić swojej żonie codziennie. – Powiedział, przystępując bliżej. – Szczególnie, gdy ma się taką żonę, jak ty. Jesteś śliczna.

– Inne boginie na dworze też są śliczne…

Ujął ją delikatnie za nadgarstek.

– Ale ty masz w coś wyjątkowego – Powiedział cicho. – Masz dobre i czułe serce. Takie serce to skarb.

Przez moment patrzyła na niego, niedowierzając, aż nagle zrobiła ruch głową, jakby chciała ustami sięgnąć jego ust; nim zdążył drgnąć, rzuciła mu się w ramiona, a całym jej ciałem wstrząsnął szloch. Schylił się i ucałował ją w czubek głowy, następnie w czoło; nie protestowała, gdy dotykał wargami jej nosa, powiek oraz policzków, słonych od łez.

– Mam wino. – Szepnął.

– To pomoże? – Załkała.

– Przekonajmy się.

Pierwszy deszcz złapał ich już wtedy, gdy w pośpiechu przedzierali się przez zarośla, broniące wejścia do lasu. Prędko delikatna mżawka zamieniła się w rzęsiste i jednostajne padanie. Nawet przez gęste liście dosięgały ich ciężkie i ciepłe krople; nasiąkły nimi ich włosy i ubrania, otaczające ich mchy i rozgrzana upałami gleba, razem z lasem oddychali podobną do mgieł parą. I gdy legli w łożu z miękkich mchów, Idunn zasypała go dziesiątkami zupełnie zbytecznych, lecz miłych pocałunków. Gdyby nie wiedział o tym już wcześniej, od razu odgadłby, że jest mężatką od niedawna. Miała jednak w sobie tyle pilności i żaru, że nie zwracał na to uwagi. Łatwo było się w niej zakochać; oczywiście nie mógł dostrzec tego ktoś taki, jak Bragi, który przejmował się tylko sobą. Tymczasem Loki uważał, że prawdziwy egoista powinien bacznie przyglądać się uczuciom innych, a Idunn miała naprawdę wrażliwe serce i wystarczyło okazać jej odrobinę delikatności, by odpłaciła się szczodrze. Nie musiał o nic jej prosić. Nawet później, gdy tylko leżeli obok siebie, nie przestawała go obejmować.

– Jesteś taki śliczny… – Wymamrotała. Miała gorące czoło i była już zupełnie pijana. – I taki miły… Loki, mogę się jeszcze napić?

– Myślę, że już wystarczy.

– Jeśli tak mówisz… Ale wciąż uważam, że jesteś bardzo miły.

Roześmiał się. Przez dłuższy czas nie odzywali się i Loki myślał, że Idunn zasnęła, lecz wtedy poczuł drżenie jej ramion, a za chwilę usłyszał cichy szloch.

– Zrobiliśmy okropną rzecz!

– Jak to? Nie było ci przyjemnie? Czy zrobiłem coś, czego nie chciałaś?

Wtedy dopiero rozpłakała się na dobre.

– Nie powinniśmy byli! Skrzywdziłam mojego męża! A ty…

– Ani Sigyn, ani Bragi nie wiedzą o tym.

– A my? My też siebie skrzywdziliśmy!

Przewrócił się na bok, by móc widzieć ją lepiej; ujął jej drobną twarz w dłonie.

– Popatrz na mnie. Powiedz, kochasz mnie?

– Nie… – Jęknęła.

– Ja ciebie też nie kocham. – Powiedział łagodnie. – Dlatego właśnie wszystko jest w porządku.

– Naprawdę? – Zapytała z nadzieją w głosie. – Ale… Przecież to jest jeszcze gorsze!

– Uspokój się.  – Mówił, głaszcząc jej włosy. –  Co jest złego w tym, że dwójka ludzi podoba się sobie i chcą dać sobie pocieszenie albo okazać bliskość? Czy nie na tym polega przyjaźń?

– To dlatego to zrobiliśmy?  – Pociągnęła nosem. – I jesteśmy teraz przyjaciółmi?

– Oczywiście. – Zapewnił ją. Przytuliła się do niego mocniej, ale wciąż nie przestawała płakać.

– Kręci mi się w głowie. – Poskarżyła się. – I jest mi niedobrze!

– Zamknij oczy i spróbuj się zdrzemnąć, a ja poszukam czegoś do picia.

– Nie chcę już nic pić!

– Wody, poszukam wody, dobrze?  – Delikatnie wysunął spod niej ramię. – Zostań tutaj!

Grzmiało jeszcze, ale burza przeszła obok. Loki nie musiał martwić się, że grzmoty lub strugi zimnej wody obudzą śpiącą boginię. Pewność tę dawał mu też napar z ziół, domieszany do wina – w niewielkich co prawda ilościach, gdyż trudno było przewidzieć ile wypije Idunn, wiedział też, że i on sam będzie musiał upić nieco dla niepoznaki. A przecież potrzebował myśleć szybko, gdy nadejdzie pora spotkania z Thjazim. Szczęśliwie, czuł tylko lekkie zawroty głowy, które prędko słabły.

Usiadł pod drzewem nieopodal, na tyle blisko, by widzieć, jak ramiona Idunn opadają i podnoszą się z kolejnymi wdechami. Wszystko szło zgodnie z zamierzeniem. Do tej pory nie zastanawiał się nawet nad innymi możliwościami, bo czy było o czym myśleć? W razie niepowodzenia Thjazi zapewne miałby ochotę pogruchotać mu wszystkie kości. Zapewne, ponieważ tak naprawdę nie musiałby nic robić: raz danego słowa zwyczajnie nie dało się już cofnąć, o czym Olbrzym z pewnością wiedział.

Był przecież potomkiem Ymira, ojca wszystkich Olbrzymów i w jego żyłach również płynęła krew pomieszana z lodowatą wodą pierwotnych rzek. To dzięki niej Thjazi mógł przemienić się w orła i wrócić do swojej postaci w kilka chwil, a w jego obecności ogień przestawał parzyć, lub przeciwnie, buchał aż pod samo niebo. To za jej sprawą, pod mocą uroku Olbrzymki Jarnaxy ugiął kolana sam Thor, chociaż Loki nie miał pewności, czy w tym przypadku nie był to wyłącznie ciężar jej jędrnych ud. Powab trudno oddzielić od magii, ta jednak w znaczący sposób różniła się od zaklęć. Magia istniała na świecie od zawsze. W dawnych dniach, gdy nie ustalił się jeszcze porządek świata, przodkowie bogów i olbrzymów zdolni byli czynić samą myślą: w ten właśnie sposób Odyn i jego bracia stworzyli ziemię oraz oceany, jednak dziś mało kto rozumie prawdziwe znaczenie tej opowieści.

Wszystko zmieniło się, gdy Asowie zajęli swoje miejsca w hallu sędziów, by ustanowić prawa dla mieszkańców dziewięciu światów. Wtedy Odyn wyrył na kościanych tabliczkach pierwsze zaklęcia, nadając im postać run. Słowo przekazano również posłańcom Elfów oraz Karłów, żeby i oni mogli je zanieść swoim ludziom. Podarowano je też Olbrzymom, lecz ci, zamiast ponieść tabliczki dalej, woleli zatrzymać je dla siebie. Przez kilka następnych dziesięcioleci rządcy Jotunheimu wydzierali je sobie z rąk. Część uległa zniszczeniu, niektóre zaginęły, a resztę rozgrabili najbardziej rzutcy i zuchwali hersztowie górskich band. Niewielu jednak umiało zrobić z nich użytek. Ci, którzy to potrafili, rośli w siłę, ale byli też na tyle przebiegli by zachować milczenie: dlatego o tym, kto tak naprawdę ma tabliczki, nie wiedział nikt. Mówiono, że większość z nich – różnymi sposobami –  przejął Utgarda- Loki, władca górskich szczytów na skrajach, a wielka wiedza sprowadziła na niego szaleństwo. Tajemnicę run miały skrywać też skarbce Suttungra, ojca Gunnlod, a i Thjaziemu udało się ponoć uszczknąć coś z ich magicznego sekretu. Od czasów wielkich wojen minęły wieki i wszystkie opowieści o tabliczkach przypominały bardziej legendy niż plotki. Zwykli mieszkańcy lodowych krain pamiętali jedynie, iż istnieją formuły, których należy się lękać.

Jak się jednak okazało Thjazi musiał wiedzieć więcej, skoro przymusił Lokiego do złożenia obietnicy. Czy odebrał ją skutecznie? Tego Loki wolał nie sprawdzać. Wprawdzie rozważał kiedyś, zupełnie teoretycznie, co działo się w momencie, gdy jedna ze stron łamała przyrzeczenie. Czy złamanie przysięgi – i to przysięgi, złożonej przez pomniejszego olbrzyma – wystarczyło do tego, by zatrząść światem, jak mówiła Przepowiednia? Czy z tego powodu poruszyłyby się liście drzewa słusznej miary, i czy słońce mogło zajść i nie wstać już nigdy więcej? Z pewnością mogło nie wstać już dla niego, i taki wniosek wystarczał Lokiemu.

W głębi zielonej gęstwiny próżno było wypatrywać nieba lub gwiazd. Musiało jednak minąć sporo czasu, gdyż nawet mroczne serce lasu pociemniało jeszcze od chwili ich przybycia. Nadchodził wieczór. Loki wstał i zagwizdał. Na początku cicho, później coraz głośniej, melodię, która przypominać mogła ptasie trele. Po chwili usłyszał nad sobą szelest liści i trzask drobnych gałązek. Zobaczył cień o orlich skrzydłach, który opadał, zmieniając kształt, tak, że leśnej ściółki dotknęły już nie ptasie szpony, a stopy mężczyzny. Thjazi rozejrzał się.

– No proszę, mam nadzieję, że nie pogubiliście wszystkich jabłek! – Zakpił. – Loki, dobrze cię widzieć i to w jednym kawałku. Cały czas zastanawiałem się, czy naprawdę się pojawisz, czy raczej będziesz usiłował jakoś się wywinąć. – Uśmiechnął się.

– A mógłbym?

– Mieszkasz u Asów, a z Odynem jecie z jednej miseczki i pijecie z jednego kubeczka. Na pewno mogłeś czegoś próbować – Thjazi położył szczególny nacisk na „próbować”. – Cieszę się, że okazałeś się dość rozsądny, by tego nie robić. Ale przejdźmy do rzeczy: jak rozumiem, dziewczyna jest tutaj i jest, nazwijmy to, przygotowana do podróży?

– Śpi mocno, zadbałem oto. Nie powinna się obudzić, może nawet do rana. – Zapewnił Loki.

– Wyśmienicie! – Odparł olbrzym.

Loki zawahał się.

– Idunn musi dać ci jabłka. – Powiedział w końcu.

– Co?

– Jabłka. Idunn musi chcieć ci je dać. – Powtórzył.

Thjazi zmarszczył brwi, lecz zaraz się rozpogodził.

– Myślisz, że nie wiem, czemu mi to mówisz? –Loki milczał, więc mówił dalej. – Znamy się nie od dziś. Nie sądzisz chyba, że naprawdę chodzi mi o nią? Przecież to jeszcze podlotek! A ja jestem już stary. – Dodał. – I mam córkę. Muszę zadbać o jej przyszłość.

– Może wydaj ją za mąż? Czy mało macie książąt w Jotunheimie?

– Żeby jakiś łgarz zrobił z nią to, co ty zrobiłeś z tym biednym dzieckiem? – Wskazał na Idunn.

– Chyba jej nie doceniasz. – Odparł Loki. Nawet w Asgardzie mówiło się o szalonej córce herszta Olbrzymów, która biega na nartach i strzela z łuku lepiej, niż niejeden mężczyzna. Dowodzone przez nią bojówki utopiły we krwi już niejedno powstanie przeciwko jej ojcu, a zbrojne zaprzęgi pojawiały się nieraz w pobliżu muru, co przez bogów przyjmowane było z mieszaniną pobłażania i irytacji. – Skadi od dawna nie jest już dzieckiem.

– I kto to mówi! – Wykrzyknął Thjazi. – Sam masz córkę. Wiem, że nadal wypytujesz o nią i nadstawiasz uszu oczekując kolejnych wieści. A przecież Hel włada całą krainą umarłych! Powiedz, czy dla ciebie jest dość dorosła, żeby przestać się o nią martwić? Dzieci zawsze pozostaną dziećmi dla swoich rodziców.

– Skoro już mowa o dzieciach, czy Idunn nie jest twoją rodziną?

– Daleką. – Przyznał Olbrzym. – Zapewniam cię, że nie skrzywdzę jej bardziej, niż będzie to konieczne. Ale dość już! Gdzie masz jabłka?

– Są tam. – Loki wskazał ruchem głowy. Sam podszedł do śpiącej Idunn. Przyklęknął obok, po czym delikatnie wziął na ręce.

– Ostrożnie. – Powiedział Olbrzym, biorąc ją w ramiona. – Rzeczywiście, waży tyle, co piórko.

Loki nie patrzył na niego.

– Udzieliłeś tej dziewczynie cennej lekcji. – Thjazi uśmiechnął się drwiąco. – Popłacze sobie jeszcze. Na początku wszystkie płaczą… A później same tylko patrzą, komu by nie wejść do łóżka. Co tak spochmurniałeś? Gdyby nie ty, i tak zrobiłby to kto inny.

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “O porwaniu Idunn

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s